Wiem, że miało być inny post, ale to zrobię innym razem.
Nie noszę procesora od 4 dni, ale można powiedzieć, że 8 dni nie słyszałam nic (przez początki 4 dni od czasu do czasu wyłączał się, sprawdziłam dla pewności Tempo+, ale takie same efekty). W sobotę czyli 4 dni temu założyłam procesora i kilka sekund działał i wyłączył się. Więc bez sensu nosić. Schowałam do walizki, żeby nie zniszczył się. Dzisiaj z ciekawości wyjęłam i założyłam na ucho i nic nie słychać, ani chwilkę. Miałam jeszcze stary procek Tempo+ sprawdziłam i też to samo nie słyszę. Więc wiadomo, że implant całkiem zepsuł i nie funkcjonuje. Tak w ogóle muszę oddać w Kajetanach stare procesory, żeby mieli komu wypożyczać w razie czego ;) Mi nie jest potrzebny, a w razie czego bez problemu wypożyczą mi. :) Implantu wewnętrznego niestety nie da się wypożyczać :P
A jeśli chodzi o komunikację to dobrze sobie radzę ;) Dzięki przygotowaniu przez 2 lata naukę czytania z ust i języka migowego, oraz mówić normalnie :) Bo kiedyś jak byłam bez implantu to "krzyczałam", strasznie nie wyraźnie mówiłam, ale teraz tak samo mówię tak jak w implancie, więc czasem mama zapomina, że nie słyszę ani inni nie zorientują się xD Po prostu nauczyłam się kontrolować głos wyczuciem, bo jak nie słyszę to jakoś muszę "czuć" głos heh :)
A poza tym zaliczyłam sesję ! Miałam dzisiaj ostatni egzamin i zdałam wreszcie! Była zerówka z tego, ale oblałam, więc musiałam jeszcze raz podchodzić na I termin xD Pierwszy raz taka sesja, którą zaliczyłam w czerwcu :D Bo zawsze zostawało mi na wrzesień albo na II termin :P I dobrze, bo studiami nie muszę martwić się ;) Chciałam zaliczyć i zamknąć sprawy ze szkołą i zająć się wakacjami, a potem operacją.
Odkryłam, że w Kajetanach w Światowym Centrum Słuchu jest Wi-Fi.. tzn mój tata pierwszy odkrył i mi powiedział ;) Więc w takim układzie biorę lapcika. Na pewno tatuś będzie chciał ze mną pisać, chłopak oraz moja przyjaciółka ;) A mamuśka będzie codziennie mnie odwiedzać, dowiadywać o postępach od lekarzy ;) A poza tym jak będę się dobrze czuła i mi nudziło to czemu nie wejść na neta? ;) I faktycznie na korytarzu przy barku (kto chodzi tam to wie o co chodzi) pacjenci siedzą i mają laptopy :)
Mało pamiętam swojej 1 operacji. Tylko tyle, że miałam bandaż, strzykawka z krwią miałam na bluzce, wymiotowałam 3 dni, długo miałam wenflon (inni krócej, bo dobrze czuli) i pamiętam jak ordynator (chyba tak się mówi) zasypiał mnie maską :D Nie mogłam w ogóle zasnąć, dodali więcej narkozy i udało się mnie usypiać :P No i głupie, śmieszne zabawy na korytarzu z dzieciakami implantowanymi świeżo po operacji. To było w Warszawie na ul Pstrowskiego (teraz słyszałam, że zmieniona ulica na Al Kaida czy jakoś tak, ale już nie istnieje, bo przeniesiony do Kajetan, a tam jest jakiś inny szpital czy przychodnia).